• Wpisów:46
  • Średnio co: 41 dni
  • Ostatni wpis:263 dni temu
  • Licznik odwiedzin:5 493 / 1930 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Wreck-It-Ralph wyruszył na poszukiwanie medalu, który w jego odczuciu miał mu dać to wszystko, czego był pozbawiony jako negatywna postać (której, jak powszechnie wiadomo, nie nagradza się medalem ani niczym innym). Medal zdobył, nie w swojej grze i nie do końca zgodnie z jej regułami, ale zdobył. Świecący krążek na niebieskiej wstędze nie spełnił jednak pokładanych w nim nadziei, a Ralph musiał się nauczyć, że to nie medal jest najważniejszy. Końcowe sceny filmu pokazują bohatera szczęśliwego, mimo iż wrócił do swoich poprzednich zajęć - niszczy, burzy, demoluje i nikt mu za to na szyi medalu nie wiesza (co najwyżej symbolicznie). Bez dwóch zdań happy end i piękny morał, że czasami zamiast zmieniać rzeczywistość, wystarczy zmienić nastawienie do niej (chociaż druga strona też się musi wysilić - pozostałe postacie z gry zrozumiały, że lekceważenie Ralpha nie wyjdzie im na dobre).
Czyżby? A gdyby to nie Ralph, ale któryś z Nicelanders, ludków, którym Ralph niszczy wymuskaną kamienicę, zapragnął odmienić swój los? Gdyby był równie samotny w swoim apartamencie jak Ralph na swoim śmietnisku i równie miał dosyć swojej roli - dołączania się do chórku wzywającego Felixa-złotą rączkę, a potem do grupki zrzucającej Ralpha z dachu? Gdyby wpadł na podobny pomysł - znaleźć w innej grze coś, co pomogłoby mu poczuć się ważnym i potrzebnym? Czy ktokolwiek zauważyłby nawet brak jednej pucołowatej buźki, jednego piskliwego głosiku, ba! jednej pary rączek? Przecież dalej dałoby się grać…
A gdyby spotkana przez Ralpha Vanellope von Schweetz rzeczywiście była porzuconym projektem, niedopracowanym szczegółem i usterką zamiast podstępnie zdetronizowaną władczynią, to co wówczas? Wtedy należałoby jej się odrzucenie i zepchnięcie na margines?
 

 
(Ralph La Casse c’est moi? Nawet to stylowo brzmi)


Wreck-It-Ralph, osiłek o posturze goryla, niegrzeszący ani urodą, ani elegancją, jest tym złym. Po prostu taką ma pracę. Fucha jak każda inna w świecie komputerowych gier, gdzie ktoś musi sprawiać kłopoty, żeby ktoś inny mógł (z pomocą gracza) bohatersko je przezwyciężać. Ale bycie tym dobrym jest fajniejsze, przynajmniej w macierzystej grze Ralpha, Fix-It-Felix. Dobry Felix, złota rączka dzierżąca magiczny młotek, może liczyć na powszechną sympatię i uznanie. Na ciepłe słowa i ciepłe ciasto. Na błyszczący medal za dobrą robotę, to przede wszystkim. A psuj i wandal Ralph, bez którego monstrualnych kułaków, młócących na prawo i lewo w ślepej furii, Felix nie miałby czego naprawiać? Zostaje “nagrodzony” za każdym razem przymusową kąpielą w błocie, a po godzinach wraca na swoje legowisko z gruzu i śmieci, skąd może obserwować, jak Felix i jego sąsiedzi, gromadka korpulentnych ludzików znanych jako Nicelanders, miło i wesoło spędzają wolny czas. Nawet na obchodach trzydziestolecia własnej gry, co jest swoistym rekordem, jest nieproszonym (i co gorsza, niespodziewanym) gościem. Któż by nie chciał odmienić tak parszywego losu? Ralph nie jest wyjątkiem.
Jednak poszukiwanie szczęścia na własną rękę, bez oglądania się na innych, na dłuższą metę nie przynosi najlepszych efektów. Doświadcza tego sam Ralph, którego rejterada z gry w pogoni za wymarzonym medalem, symbolem nagrody niesprawiedliwie zarezerwowanej dla tych dobrych, o mały włos nie kończy się katastrofą dla całej społeczności Fix-It-Felix. Doświadcza tego także spotkana przez niego w grze Sugar Rush Vanellope von Schweetz - obrabowanie Ralpha z upragnionego trofeum jedynie na krótko przybliża ją do własnego celu. Dopiero połączenie sił (jakkolwiek nie tylko ich dwojga) pozwala im odnieść sukces. Przegrywa za to - i to z kretesem - egoista Turbo alias King Candy, samozwańczy król Sugar Rush, nie tylko uzurpator, który podstępnie zdetronizował prawowitą władczynię, ale i perfidny manipulator, zmieniający pamięć “swoim poddanym” i z powodzeniem przekonujący poczciwego i dobrodusznego Ralpha, że Vanellope musi pozostać wyeliminowana z rozgrywek zarówno dla dobra całej społeczności Sugar Rush, jak i swojego własnego. A w to da się uwierzyć, nawet nie będąc “poprzestawianym” przez jego zwinne paluszki… Przygody w obcej grze uświadamiają w końcu uciekinierowi, że to nie zawieszony na piersi medal jest tym, co się najbardziej liczy i że nawet ten, kto spełnia niewdzięczną i mało atrakcyjną rolę, jest ważny, potrzebny i nie do zastąpienia.
Co było moim prywatnym “medalem”, długo by opowiadać (a oprócz tego do wielu szczegółów nie chciałabym wracać). Nie udało mi się go zdobyć nawet na moment, jednak mimo to - podobnie jak w przypadku Ralpha - ten “medal” zamiast rozwiązać jakiekolwiek problemy, dodałby do nich jeszcze kilka nowych. Nie żal mi i cieszę się, że mi już nie żal. Nie tracę już sił i czasu w dążeniu do czegoś, co i tak przyniosłoby mi właściwie jedynie rozczarowanie - zdecydowanie o wiele bardziej warto być (i pozostać) sobą!
 

 
... jak w oryginale "Pierścienia i róży" nazywał się waleczny kapitan Zerwiłebski?
WŁAŚNIE TAK.
 

 
Kura wyjrzała przez okno. Velna, z głową owinięta czerwoną chustką, wieszała właśnie pranie na niewielkim otoczonym płotem spłachetku gruntu na tyłach domu , szumnie nazywanym “ogrodem”. Nie rosło tu jednak (mimo usilnych starań gospodyni) niemal nic oprócz wszędobylskiej trawy. Uwagę analizatorki przykuł niespodziewanie jakiś szczuplutki malec, około sześcio-, siedmioletni, wspinający się właśnie na ogrodzenie.
- Co on kombinuje, ten mały?... - zadała sobie w myśli pytanie. Wyglądało to na jakąś zabawę czy grę o regułach całkowicie niejasnych dla obserwującej; parę innych dzieciaków, dostrzegła wkrótce, większych i z wyglądu starszych, z zapałem śledziło poczynania kolegi, popychając się i poszturchując łokciami.
Chłopczyk zeskoczył zwinnie na ziemię. Velna spojrzała za siebie; mały intruz, nie w ciemię bity, schował się jednak za jej plecami, obracając się w tym samym kierunku co ona. Uspokojona, wróciła do przerwanego zajęcia. Pochyliła się po raz kolejny nad leżącym na trawie koszykiem. Dziecko czekało najwyraźniej właśnie na ten moment: chwyciło obydwiema rączkami zwisający nisko brzeg spódnicy i zarzuciło ją na zgięte plecy Papuaski, odsłaniając ciemne, pokryte zawiłym wzorem nogi i pośladki. Velna odwróciła się gwałtownie, przewracając przy tym koszyk i rozsypując jego zawartość; chłopaczek zdążył już wspiąć się z powrotem na płot i znaleźć się po przeciwnej stronie. Nagle jego stopa straciła oparcie; pisnął, wystraszony, i zawisł w połowie drogi.
Velna w jednej chwili znalazła się tuż przy ogrodzeniu.
Dzieciak wrzasnął przeraźliwie, szarpiąc się w niewątpliwej panice i umilkł, sparaliżowany strachem; jego koledzy dawno już rozbiegli się we wszystkie możliwe strony.
Velna otwarła furtkę jednym wprawnym, energicznym ruchem; już była na zewnątrz. Wiszący na płocie malec zrobił ostatni, rozpaczliwy wysiłek; coś rozerwało się, puściło i spadł, a raczej byłby spadł, gdyby ciemnoskóra kobieta nie złapała go w ostatniej niemal chwili. Postawiła go na ziemi, małą, przerażoną, trzęsącą się, zasmarkaną kupkę nieszczęścia.
- No już, leć, do domu, do mamy - szturchnęła go. Dzieciak nie dał sobie tego powtarzać; zmykał aż się kurzyło, i znikł za rogiem, nim Velna zdążyła z powrotem zamknąć za sobą furtkę.
  • awatar Bumburus: Albo zyska szacun na dzielni jako Chłopiec Który Przeżył...
  • awatar kura z biura: Mam nadzieję, że wystraszył się wystarczająco, żeby więcej takich numerów nie robić ;)
  • awatar Bumburus: No wiesz, Kurciu, to chyba naturalne, że te dzieciaki postrzegają ją jako kogoś w rodzaju Baby Jagi... ;-)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
cały czas myślę o rzeczach, które miałabym ochotę napisać na forum. Tyle, że nie chcę znowu przechodzić przez to samo - siedzenie i odświeżanie strony, zawód, że nikt nie odpowiedział, że odpowiedział, ale na post wcześniejszy od mojego albo w innym wątku tego samego tematu, i to, co mnie boli najbardziej - że osoby, na których opinii mi najbardziej zależy, pomijają milczeniem moje posty, a chwalą inne.
No i nie potrafię się uwolnić od tego łajdusa Kolonasa!
  • awatar Gość: Bo na forum należy wchodzić na chwilę - napisać coś i zniknąć. To przecież tylko forum, mało kto siedzi tam całymi dniami.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
... ale chyba nie wrócę, to nie ma sensu. Tym bardziej, że problem jest we mnie. Nikt mnie tam nie potrzebuje, podejrzewam. Nikt pewnie nawet nie zauważył, że mnie nie ma. Są inni, fajniejsi, barwniejsi, z większym talentem...

Żeby jeszcze było gorzej...
cały czas myślę o rzeczach, które miałabym ochotę napisać na forum. Tyle, że nie chcę znowu przechodzić przez to samo - siedzenie i odświeżanie strony, zawód, że nikt nie odpowiedział, że odpowiedział, ale na post wcześniejszy od mojego albo w innym wątku tego samego tematu, i to, co mnie boli najbardziej - że osoby, na których opinii mi najbardziej zależy, pomijają milczeniem moje posty, a chwalą inne.
No i nie potrafię się uwolnić od tego łajdusa Kolonasa!

Nawet zajrzałam - i utwierdzam się w przekonaniu, że NIE, niestety. NIKT nie zauważył mojej nieobecności - a jestem pewna, że są na forum ludzie, których nieobecność zauważono by od razu... To boli. To bardzo boli, zwłaszcza, że nie mam się jak łudzić.
  • awatar kura z biura: O rany, Bumburusie... Ja nawet nie wiem, co napisać, nie miałam pojęcia, że tak bardzo to wszystko przeżywasz...
  • awatar Gość: Bardzo Cię proszę, podnieś nos do góry i nie popadaj w czarną dupę, bo jest wiele osób, którym będzie Cię brakowało. Czy nie przesadzasz aby z tym niezauważeniem nieobecności? Czy na każdy post musi być odpowiedź? Osobom, którym bardzo na Tobie zależy, czasami po prostu nie chce się pisać. Jest grupa głośna, aktywna, produkująca się non-stop... I tacy, którzy nie odczuwają potrzeby pisania postów w rodzaju "taktaktaktak, masz rację".
  • awatar Bumburus: Tak, niestety chodzi o NAKWę i niestety problem jest tylko i wyłącznie we mnie. Ogromnie mi przykro i źle z tym, jak już pisałam, że to, co miało leczyć moje kompleksy, tylko je pogłębia, zwłaszcza że nie mam na to ŻADNEGO "klina", żadnej alternatywy. @fabulosita, pod jakim nickiem jesteś na NAKWie, jeśli wolno spytać?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Tęskniłam, wróciłam, zakręciłam się tu i ówdzie. Niepotrzebnie, nie miałam po co. Wiem, problem jest we mnie (nikt nawet nie zauważył mojej nieobecności). "Nie mam żalu do nikogo", że tak cytatem polecę, nietrafnym wprawdzie, ale co mi tam. Widzę prawdę i rozumiem.
 

 
... w sytuacji, gdy to, co miało leczyć moje kompleksy, przysparza mi nowych? Nawet w takim miejscu jak forum internetowe okazuje się, że są równi i równiejsi, to znaczy fajni i fajniejsi... Nie mam żalu do tych fajniejszych ode mnie, ale oni nie potrzebują akceptacji i potwierdzenia własnej wartości tak bardzo jak ja.
  • awatar Bumburus: Nie. To nie ma sensu. Tęskniłam, wróciłam, zakręciłam się tu i ówdzie. Niepotrzebnie, nie miałam po co. Wiem, problem jest we mnie (nikt nawet nie zauważył mojej nieobecności). "Nie mam żalu do nikogo", że tak cytatem polecę, nietrafnym wprawdzie, ale co mi tam. Widzę prawdę i rozumiem.
  • awatar fabulosita: @Bumburus: Oj, Bum. Mówimy o NAKWie? Ja pamiętam czasy, kiedy królowała tam Sierżant i parę innych osób, które teraz odeszły i śladu nie ma. Wiesz, zupełnie inaczej odbieram twoje posty, zawsze je czytam i podoba mi się, że w nieagresywny sposób przedstawiasz swoje zdanie. Pewno nie zawsze się z nim zgadzam, ale potrafisz dyskutować w taki nienachalny, kulturalny sposób, że absolutnie nie czuję się gorsza tylko staram się zrozumieć twój punkt widzenia. Z młodymi, groźnymi wilkami nie mam ochoty dyskutować tylko skupić się w kącie i przeczekać zawieję. Czyli jako dyskutant wygrywasz dziewczyno, wygrywasz na całej linii. Q.E.D. :)
  • awatar Bumburus: Bardzo to miłe z Waszej strony, że próbujecie mnie podnieść na duchu, ale same dobrze wiecie, że jest na forum kilka osób mądrzejszych, błyskotliwszych, piszących szybciej i lepiej... Oczywiście nic do nich nie mam, tyle że po prostu czuję się gorsza, głupsza i przez to mniej lubiana.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Ktoś (bodajże zięć Mussoliniego, hrabia Ciano), powiedział, że sukces ma wielu ojców, natomiast klęska jest sierotą.
Moje klęski są bękartami, a ja ich nieszczęśliwą matką...
  • awatar fabulosita: Jeżeli jesteśmy w tych klimatach, to można powiedzieć, że jestem WIELODZIETNĄ samotną matką ;) Moje bastardziki są liczne jak bakterie. I kłopotliwe.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Janusowy bałwanek został zniszczony przez psotne dzieci. Na całe szczęście, właściciel sklepu, przed którym stoi, odbudował go:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Zdjęcie zrobione DZISIAJ, 2.04.2013.
Bałwanek z przodu:
Bałwanek z tyłu:
Żal było nie uwiecznić...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
... czyli syrenka drugiej świeżości ;-)
 

 
...jest niezmiernie ważny, jak widać na załączonym obrazku.
 

 
When I am dead, no one will miss me,
For life's a cruel and dirty game...
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 

Mój zmysł estetyczny wyczy i ryje...
 

 
Nie pytajcie, co mają przedstawiać...
  • awatar kura z biura: Prywatne wiadomości pingerowe się chrzanią, ta ostatnia dotarła dopiero teraz...
  • awatar kura z biura: Pavarotti w objęciach Primadonny oraz Myszodrzew z dredami :)
  • awatar Bumburus: Nie no, spokojnie. Jak widzisz, rysowałam co wychodziło, dla samej przyjemności bazgrania...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

bumburus
 
tinwerinamiriel
 

Pierwszy przekład "Podróży Gulliwera".
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›